niedziela, 7 grudnia 2014

Haslo

Kochani, 
za kilka dni blog stanie sie blogiem prywatnym i zostanie zablokowany haslem.
Czytelnikow prosze o zostawienie swoich adresow e-mailowych w komentarzach, w przeciwnym razie dostep do mojego bloga bedzie niemozliwy.

Dziekuje :)

P.S. Widocznosc Waszych komentarzy pod tym postem bedzie zablokowana.

środa, 26 listopada 2014

Dzien za dniem...

Na wstepie chcialam Was przeprosic za brak polskich znakow oraz dosc dluga przerwe od ostatniej notki. Szkola i dojazdy do niej pochlaniaja wiekszosc mojego czasu. Zdarza sie, ze wychodze o 8.00 rano i wracam o 20.00 wieczorem.
Natomiast brak polskich znakow spowodowany jest zakupem nowego laptopa, a w zasadzie to otrzymaniem go od mojego TZa ;) Jest to moj przedwczesny prezent urodzinowy, ktory bardzo, ale to bardzo mi sie spodobal, choc generalnie czuje sie nieswojo otrzymujac tak drogie prezenty...



Laptop jest na nowym Windowsie 8.1, przez co trudno bylo mi sie do niego poczatkowo przyzwyczaic. Dodatkowym utrudnieniem jest klawiatura azerty, a nie qwerty, ale do tego zdarzylam juz przywyknac. Mam teraz pod reka pelen wachlarz francuskich znakow, ale wciaz nie zainstalowalam polskiej klawiatury. Jeszcze nie wiem czy sie na nia zdecyduje, bo nie chce mi sie ciagle przelaczac z francuskiej na polska, szczegolnie, ze czesciej ostatnio pisze po francusku.

Powoli konczy sie moj kurs jezykowy, ktory przyniosl mi wiecej korzysci niz moglam sobie wyobrazic. Mysle, ze na prawdziwe podsumowanie przyjdzie czas po egzaminach koncowych, ale juz teraz moge napisac, ze nie spodziewalam sie, ze zaledwie po 3 tygodniach zaczniemy z TZem rozmawiac tylko po francusku :) W prawdzie teraz w zaleznosci od tematu i okolicznosci przeskakujemy z frencza na inglisz, to i tak jeszcze kilka miesiecy temu nie sadzilam, ze bedzie to w ogole mozliwe. Bylam bardzo zamknieta jesli chodzi o gadanie po francusku :)
Nie boje sie juz rozmawiac z ludzmi, odpowiadac jesli potrzebuja pomocy, zadawac pytania czy po prostu ucinac sobie pogawedke z pania w pociagu :) A Francuzi to bardzo rozgadany narod i zaczepki sa czeste. Kiedys od razu mowilam, ze nie znam francuskiego, z obawy o nieporozumienie, teraz nawet nikt nie pyta skad jestem, po prostu ze mna rozmawia.
Francja na pewno zyskala w moich oczach, od kiedy oswoilam sie z jezykiem, ludzmi i otoczeniem. Po prawie 4 miesiacach czuje sie tu jak u siebie, choc wciaz cos mnie zaskakuje, wkurza lub zadziwia. Zobaczymy czy nie zmienie zdania, gdy zaczne szukac pracy ;)

 Pogoda sie u nas w koncu popsula i od tygodnia niebo zakryte jest chmurami, a od czasu do czasu przechodza burze. Do tej pory jesien byla ciepla i sloneczna. Chetnie korzystalam z pogody, by pobiegac na swiezym powietrzu.



Obecnie lubie zaszyc sie w domu z goracym czekoladowym cappucino, czyms slodkim, odpalajac ulubiona swieczke zapachowa :)



Na dlugie jesiennie wieczory polecam Wam... puzzle :) Pomysl na spedzanie czasu podsunela mi moja kolezanka z liceum, z ktora ostatnio skypowalam na linii Francja-Niemcy ;) Mniej niz 1500 elementow nie ma co kupowac, frajda zaczyna sie przy wiekszej ilosci :D



Nie wiem jak Wy, ale ja z niecierpliwoscia czekam na Swieta Bozego Narodzenia. Kocham ten klimat! Koledy, stroiki, ozdoby, swiatelka,.. W tym roku pierwszy raz od kilkunastu lat moj TZ wraz ze mna bedzie ubieral choinke, do tej pory nigdy nie mial drzewka w domu. W tym roku wszystko bedzie inne zarowno dla niego, jak i dla mnie :)

sobota, 4 października 2014

O tym, jak zalało Południe...

Nie wiem czy w polskiej telewizji była jakakolwiek wzmianka o tym, co działo się z poniedziałku na wtorek we Francji, a konkretnie w Herault - departamencie, w którym mieszkam. Uznałam, że była to tak wyjątkowa sytuacja, że muszę się z wami tym podzielić.
Już dzień wcześniej, tzn w niedziele, meteo France zapowiadało pomarańczowy alarm dla całej Langwedocji, w związku z tym można było spodziewać się burz i deszczu. Jednak to, co się wydarzyło zaskoczyło wszystkich. I piszę to ja - rodowita Wrocławianka, która w swoim życiu przeżyła wiele powodzi. 
Od początku nie był to mój najlepszy dzień....

Poniedziałek 29/09/2014

Godz. 9:00
Lekko kropi, wychodząc z domu biorę parasolkę i udaję się w stronę dworca, jak co dzień. Czuję, że jest dość ślisko, a może to wina moich butów? W połowie drogi wywalam się jak długa, rozwalając sobie łokieć i uderzając głową o metalowe drzwi do jakiegoś magazynu. Tak, jest ślisko. Jakoś docieram na dworzec, gdzie dowiaduję się, że pociąg jest opóźniony o 30 minut. Piszę wiadomość do TŻa o wypadku. Chce po mnie przyjechać i zawieść do domu, ale ja upieram się, żeby jechać do Montpellier. Pluję sobie w brodę, że go wtedy nie posłuchałam!

Godz. 10:30
Dojeżdżam do Montpellier. Pada. Tramwajem docieram do szkoły.

Godz. 11:30
Przerwa obiadowa. Zbieramy się do stołówki. Grzmi i leje. Na głowę zakładam kaptur - wspomniałam, że po drodze złamałam parasolkę? Mokniemy.

Godz. 14:00
Nauczycielka chwali moją pracę i proponuje zmienić poziom na C1 (jedyny pozytyw tego dnia). Leje jak z cebra.

Godz. 16:00
Grzmi jak jasny pierun. Do klasy wpada nieznana nam nauczycielka i oznajmia, że Prefektura ogłosiła czerwony alarm (wyjątkowo groźne zjawiska pogodowe) i wszyscy mamy pozostać w budynku szkoły. Przy okazji informuje nas, że tramwaje, busy oraz pociągi nie jeżdżą.

Godz. 16:05
Zaczynam się zastanawiać jak dotrę do domu.

Godz. 17:00
Dwoje znajomych, mieszkających blisko uniwersytetu proponuje mi udać się z nimi do ich domów i przeczekać najgorsze, ewentualnie w razie potrzeby zostać na noc. 

Godz. 17:30
Decyduję się iść do koleżanki. Miało być blisko! Idziemy 20 minut. Mokniemy do suchej nitki, w butach czuję wodę.

Godz. 18:00
Docieramy do jej domu. Wylewam wodę z butów. Na balkonie wykręcam bluzę. W internecie szukamy informacji nt. pociągów i sytuacji w Montpellier. Natrafiamy na:








źródło: www.midilibre.fr

Godz. 18:15
Dzwonię do TŻa i mówię, że utknęłam w Montpellier. Proszę, żeby po mnie przyjechał. Początkowo zgadza się, ale potem widząc zdjęcia i sytuację na drogach boi się, że gdzieś utknie na dobre. Czekam na informację od niego czy da radę.

Godz. 18:30
Pijemy gorącą herbatę i oglądamy rosyjską telewizję.

Godz. 19:00
TŻ informuje mnie, że wychodzi z domu. Jedzie po mnie. Normalnie trasa autostradą do Montpellier nie zajmuje więcej niż 30 minut.

Godz. 20:00
Obgadujemy niektórych z naszej grupy i pokazujemy sobie na internecie fajnych facetów.

Godz. 20:30
Zaczynam się denerwować, że TŻa wciąż nie ma.

Godz. 20:45
Dzwonię. TŻ od 20 minut stoi pod blokiem i próbuje się do mnie dodzwonić.

Godz. 20:46
Schodzę na dół. Nadal leje. Z daleka widzę idącego TŻa z wielką parasolką. Biegnę do niego (gdyby nie fakt, że wyglądałam jak zmokła kura, byłoby to nawet całkiem filmowe).

Godz. 20:48
Siedzimy w aucie. Telepię się z zimna. Ściągam przemoczoną bluzę, TŻ nakrywa mnie swoim płaszczem i włącza ogrzewanie. Adekwatnie do sytuacji - w końcu uratował mi tyłek - nazywam go moim księciem na białym koniu ;) Przydomek pasuje do jego białego samochodu.

Godz. 21:20
Ciężka przeprawa przez autostradę - rzekę.

Godz. 21:45
Na bramkach piorun wali obok nas. Huk straszny.

Godz. 22:00
Nareszcie w domu.

Czerwony alarm trwał do godz. 10.00 następnego dnia. Wiele osób nie dojechało do szkół i miejsc pracy, w tym ja. Baliśmy się powtórki z rozrywki. Na dworcach zorganizowano posiłki oraz napoje i koce dla pasażerów. W pociągach TGV i TER stojących na stacji zorganizowano tymczasowe sypialnie. Niektórzy ludzie spędzili tak kilkanaście godzin. 
W środę pociąg do Montpellier był opóźniony jedynie 50 minut. W czwartek z powodu "incydentu" w Sete - most stanął pionowo, wszystkie pociągi były odwołane.
Jak na złość już następnego dnia po powodzi wyszło słońce, a temperatura podskoczyła do góry. Październik generalnie przywitał nas piękną pogodą i upałami około 28-29 stopniowymi :) Gdzie ta jesień ja się pytam?

piątek, 19 września 2014

Zaskoczenie

Do napisania nowej notki zbieram się już od zeszłego tygodnia. Niestety nie mam zupełnie czasu na siedzenie przy komputerze. Praktycznie całe dnie spędzam w szkole, a do tego dochodzi ogrom zadań domowych i nadganianie zagadnień, których nie znam... zagadnień tych jest sporo ponieważ dostałam się na poziom B2 :) Zupełnie nie wiem jakim cudem, gdyż, jak pisałam poprzednio, wydawało mi się, że testy kompetencji położyłam całkowicie i nie liczyłam nawet na poziom B1, tymczasem dostałam się jeszcze wyżej. Długo nie mogłam w to uwierzyć i myślałam, że to jakaś pomyłka - w prawdzie po tylu latach jestem z tym językiem osłuchana i sporo zawsze uczyłam się w domu, ale francuski miałam zaledwie przez 2 semestry, co daje w sumie 90 godzin (poziom A2.1). Dla porównania koleżanka z grupy miała 700 godzin. Przepaść jest niesamowita, choć generalnie nie odczuwam jakieś znaczącej różnicy między naszymi poziomami. Oczywiście w grupie są osoby mówiące lepiej i gorzej, jednak wydaje mi się, że skoro przydzielili nas do tego poziomu to wiedzą, co robią ;) Kilka osób zdecydowało się na podejście do testu jeszcze raz i dostało się na poziom wyżej, czyli C1. Ale zdarzyły się też migracje w druga stronę - jedna dziewczyna nie dawała rady  i przeniosła się niżej.
Ukończenie poziomu B2 w mojej szkole łączy się z otrzymaniem dyplomu uniwersyteckiego i możliwością kontynuowania studiów licencjackich na pierwszym i drugim roku. Na wyższych szczeblach wymagany jest poziom C1. Dodatkowo pod koniec semestru można przystąpić do egzaminu DELF, który jest międzynarodowy, a tym samym honorują go wszystkie uczelnie, nie tylko Uniwersytet Paul Valery, na którym jestem. Otrzymanie dyplomu ukończenia poziomu B2 otwiera również drzwi do kariery zawodowej we Francji - osobom mówiącym na tym poziomie dużo łatwiej jest znaleźć pracę. Większość pracodawców zatrudniających obcokrajowców wręcz wymaga od nich posiadania certyfikatu na poziomie co najmniej B2. Słyszałam nawet opinie, że nie ma sensu zdawać egzaminów DELF na niższym poziomie niż wspomniany wyżej. Egzamin DELF jest dodatkowo płatny. Ja wciąż zastanawiam się czy do niego podejść teraz na B2, czy za kilka miesięcy np. w sesji letniej na C1. Jeśli uda mi się znaleźć jakąkolwiek pracę po skończeniu tego semestru to prawdopodobnie podejdę do egzaminu DELF innym razem, na wyższym już poziomie - DALF C1.
Najważniejszą zaletą kursu semestralnego na uniwersytecie jest jego wysoki poziom i narzędzia, które oferuje do nauki języka (np. pracownia multimedialna, pracownia fonetyczna itp.). Oprócz tego wspaniale jest poznać ludzi z całego świata i wspólnie wymieniać się doświadczeniami i informacjami nt. swojego kraju czy języka. W mojej grupie przeważają Chińczycy i Norwegowie. Oj Azjatów i Skandynawów jest tu naprawdę sporo! Z tymi drugimi fajnie rozmawia się po angielsku, gdyż mówią na bardzo wysokim poziomie. Azjaci wolą rozmawiać po francusku, dlatego ja szczególnie lubię przebywać z moimi dwiema koleżankami z Chin i Japonii :) Oprócz tego, w mojej grupie są osoby z Korei, Laosu, Jordanii, Kolumbii, Chile i Ukrainy, także totalny mix. W całym instytucie jest tylko jeden Polak, z którym już zdążyłam się zapoznać na wspólnym obiedzie :) Coś nas mało! Trzeba to zmienić ;)
Plan zajęć jest do przeżycia, choć denerwują mnie długie przerwy pomiędzy lekcjami. Nie mówię tu o przerwie lunchowej, która we Francji zawsze trwa minimum godzinę, ale o przerwach późniejszych. Osobiście nie potrzebuję aż pół godziny na siusiu ;)



Z przedmiotów opcjonalnych należało wybrać 2, które nas najbardziej interesują. Zdecydowałam się na Francais des affaires (francuski w ekonomii/biznesie) oraz litterature. W związku z tym piątek mam wolny! A uwierzcie, że ten jeden dzień weekendu więcej jest zbawienny przy takim ogromie prac domowych.
W związku z moim powrotem do wersji studenckiej, nabyłam również fałszywe okulary:





Brat TŻa dokucza mi, że to cios w policzek dla wszystkich "prawdziwych" okularników, ale ja po prostu lubię zmieniać swój wygląd i zawsze podobały mi się fajne, duże oprawki :)
A na zakończenie przedstawiam Wam Gecko, który jest pod ochroną. Gecko jest stworzeniem bardzo ciekawym, ze względu na budowę swoich łapek, poza tym żywi się insektami, m. in. komarami. Przywitał mnie jak wychodziłam z domu. Cudziak, no nie? :)



Dajcie znać ewentualnie co Was interesuje związanego z Francją, jaka tematyka, czego chcielibyście się dowiedzieć. Ostatnio sprawdzałam cenę szamponu dla koleżanki - takie propozycje też wchodzą w grę ;)

wtorek, 2 września 2014

Zderzenie z francuską biurokracją...

O tak, o francuskiej biurokracji słyszałam wiele, jeszcze zanim zdecydowałam się na wyjazd do Francji... komentarze na jej temat są głównie negatywne, a mój TŻ wprost twierdzi, że jest ona najgorsza na świecie, utrudniająca życie każdemu. Miałam okazję przekonać się o tym na własnej skórze, jadąc do swojej szkoły do Montpellier po raz pierwszy na tzw. zapisy ostateczne. Ponieważ do Montpellier mam około 50 min pociągiem, a potem dodatkowo 15 min tramwajem na sam Uniwersytet, liczyłam, że wszystko uda mi się załatwić jednego dnia, tzn. zapisy, test pisany, test ustny. Niestety, jedyne, co udało mi się tego dnia osiągnąć to otrzymanie dwustronnicowego formularza do wypełnienia oraz ustalenie daty i godziny testów oraz zapisu ostatecznego. Musiałam się zatem znów pojawić w szkole 2 dni później. Oczywiście zapomnijcie o załatwianiu czegokolwiek w języku angielskim. Naturalnie Pani w sekretariacie zna ten język, ale jak usłyszy, że ktoś się już wcześniej uczył od razu przechodzi na francuski. W tym dniu dowiedziałam się także na czym polega francuski system zdrowotny i że skoro moja karta EKUZ ważna jest jedynie do 25/09 (a nie na rok!) muszę wykupić sobie, jako student, ubezpieczenie socjalne w kwocie 213 Euro/rok. W sumie po cichu z TŻem liczyliśmy się z tym, że jednak będę musiała to ubezpieczenie wykupić i koniec końców dobrze się stało. Poniżej nastąpi krótkie wyjaśnienie jak wygląda ubezpieczenie medyczne we Francji:
Ubezpieczenie podstawowe, które pozwala korzystać z usług lekarskich we Francji nazywa się Sécurité sociale i pokrywa od 50 do 70% wydatków związanych z wizytą lekarską, pobytem w szpitalu, leczeniem. W związku z tym, jeśli konsultacja lekarska kosztuje 23 Euro (stała stawka w całej Francji za wizytę dzienną w przychodni) nasze Sécurité sociale zwraca nam za nią 70% poniesionych kosztów. Aby pokrycie naszego leczenia wynosiło 100% należy wykupić dodatkowo ubezpieczenie komplementarne czyli complémentaire santé.
Ja jako swoje Sécu wybrałam LMDE, chyba najpopularniejsze studenckie centrum ubezpieczeniowe, natomiast TŻ dopisze mnie do swojego ubezpieczenia komplementarnego :) 
Wracając do tematu biurokracji... z tego co pamiętam w PL, w szkole można było sobie wykupić ubezpieczenie i nic już nas więcej nie interesowało - to szkoła załatwiała za nas papierkową robotę. Pamiętam czasy, gdy do lekarza chodziło się za okazaniem legitymacji studenckiej, która jednocześnie stanowiła dowód ubezpieczenia. Cóż... nie wiem, jak jest teraz, bo przez ostatnie kilka lat byłam ubezpieczona przez pracodawcę, ale we Francji ubezpieczenie należy załatwić sobie samemu, nieważne czy jest się rodowitym Francuzem czy obcokrajowcem. Wszyscy studenci poniżej 28 r. ż. muszą być ubezpieczeni. Jedyne, co możemy zrobić przez uczelnie to zapłacić za swoje sécu w sekretariacie czekiem, kartą lub przelewem. Resztę rzeczy, czyli:
- wypełniony formularz zgłoszeniowy,
- deklarację wyboru lekarza pierwszego kontaktu,
- dane swojego francuskiego konta bankowego,
oraz jeśli chcemy dodatkowo dostać carte vitale (karta, którą się legitymujemy u lekarza - warto mieć):
- 2 zdjęcia,
- kopia odpisu aktu urodzenia,
musimy doręczyć osobiście lub wysłać pocztą na adres odpowiedniej agencji. 
Wyobraźcie sobie teraz np. takiego studenta z Azji (przykład, w moim instytucie najwięcej przewija się właśnie Azjatów), który przyjechał do Francji nauczyć się francuskiego i w ogóle nie mówi jeszcze w tym języku. Musi on iść do banku i założyć w nim konto (co nie jest łatwe we Francji, ale o tym innym razem), znaleźć najbliższą przychodnię, zadzwonić do niej, umówić się do lekarza i poprosić go, aby wypełnił mu deklarację. Dodatkowo do dokumentów dołączyć prośbę o przyznanie carte vitale. I wszystko to w kraju, gdzie naprawdę ciężko dogadać się po angielsku. Szczerze? Mówię jakoś po francusku, ale nie wiem, jak bym sobie z tym poradziła sama. Dziewczyna, która tłumaczyła mi na czym to wszystko polega sama stwierdziła, że nawet dla Francuzów jest to bardzo skomplikowane.
Wczoraj mój TŻ miał wizytę u lekarza, więc przy okazji przefajny pan doktor wypełnił mi deklarację i mam już jeden dokument mniej z głowy ;)
Na razie cieszę się i korzystam z ostatnich dni wakacji. 8/09 na maila mam dostać rozpiskę zajęć i wtedy też dowiem się do jakiej grupy i na jaki poziom trafiłam. Ogólnie po testach byłam załamana... wszyscy, którzy wychodzili mówili, że bardzo trudne, a były tam osoby mówiące dużo lepiej ode mnie. Marzyło mi się dostać na poziom B1, ale to chyba raczej niemożliwe... no nic. Jakoś to przeżyję ;)
Na koniec tej przydługiej notki porcja fotek. Jak widać u nas lato w pełni :)

Mój kampus:
Dziedziniec - wejście główne


 Dziwne budynki... co to za styl? ;)

Niedziela na plaży w Valras:




A na koniec kartka, którą dostaliśmy od cioci TŻa :) Zupełnie mnie zaskoczyła, ale było to przemiłe! Ciocia mieszka w Valras, więc w niedzielę przy okazji wyprawy na plażę odwiedziliśmy ją i podziękowaliśmy za miły liścik.




"Mój mały Lolo. Dzień dobry Sylwia.
Gratulacje podjęcia waszej decyzji. Piękna i długa historia między wami.
Bardzo się cieszę. Babcia też.
Buziaki, Noelle."

Starałam się przetłumaczyć w miarę sensownie, gdyż dosłownie - nie byłoby to tak urocze :)

czwartek, 21 sierpnia 2014

Meldunek z obczyzny - pierwsze 2 tygodnie we Francji :)

Uffff... w końcu odpaliłam swój komputer. Aż ciężko uwierzyć, że od przeprowadzki minęły już ponad 2 tygodnie :) Powoli zaczynam się tutaj czuć jak u siebie, choć ciężko mi było na początku, gdyż nie wiedziałam co, gdzie się znajduje, jakie są zasady panujące w domu TŻ itd. Wiadomo, że każdy ma swoje przyzwyczajenia i żyje według własnego harmonogramu :) Zupełnie inaczej jest przyjechać tu na tydzień lub dwa na wakacje i być gościem, niż mieszkać razem. U nas było o tyle fajnie, że gdy przyjechałam TŻ miał jeszcze 1,5 tygodnia urlopu, więc mieliśmy mnóstwo czasu by nacieszyć się sobą, ogarnąć mieszkanie, zrobić miejsce na moje rzeczy, dokupić meble, dodatki. Jakoś tak wszystko nam płynnie poszło, bez zgrzytów czy kłótni i na razie jest bajkowo :)
Moje paczki przyszły już następnego dnia po przylocie, więc dokładnie 4 dni od ich nadania. Jedna z nich była lekko otwarta, ale nic nie zginęło. Reszta - bez zarzutu. Podczas transportu złamały mi się jedne kolczyki, ale TŻ je skleił, więc nie było problemu. Przeraziła go natomiast ilość moich rzeczy, szczególnie butów i przyznam, że do teraz mamy problem z ulokowaniem ich w szafie ;)
W poniedziałek pojechaliśmy na chwilę do taty TŻa, chwila przerodziła się w kilkugodzinne spontaniczne posiedzenie przy pizzy i dobrym winie. Tato TŻa wraz z żoną przyjęli mnie bardzo ciepło i wznieśli toast za moją przeprowadzkę do Francji :) Było przemiło, a najbardziej śmialiśmy się, gdy próbowałam nauczyć ich kilku polskich zwrotów :D Niektóre nasze szeleszczące wyrazy są dla nich nie do wymówienia ;) Zaprosili nas znów na kolację w tę sobotę :)
Od 13/08 do 17/08 odbywała się w mieście znana i lubiana Feria de Beziers, czyli festiwal oparty na corridzie. W Arenach trwały walki byków, a na kilku scenach w różnych częściach miasta odbywały się koncerty i imprezy. Centrum miasta było zamknięte dla ruchu ulicznego, a wszystkie miejsca były wypełnione ludźmi świętującymi, tańczącymi, biesiadującymi. Po prostu jedna, wielka impreza :) Każdy dzień ferii obfitował w różne atrakcje, nie tylko związane z corridą. Pełen program możecie zobaczyć pod tym linkiem: Feria de Beziers 2014
My wybraliśmy się w piątek obejrzeć sławną już paradę. Ulicami miasta przechodzą artyści - głównie orkiestry i grupy taneczne, ubrani na kolorowo i wykonujący różne utwory i układy taneczne. Niesamowite przeżycie :) Mam kilka filmików, które może uda mi się wrzucić przy kolejnej okazji.
Po obejrzeniu parady udaliśmy się na bd Jean Jaures, gdzie napiliśmy się świeżego piwa z piwiarni jednego z kolegów TŻa. Piwo jest przepyszne i staje się powoli jednym z rozpoznawanych produktów regionalnych Langwedocji.


  
La Gorge Fraiche występuje w dwóch rodzajach: blonde i blanche. Sama nie wiem, które wolę bardziej - ciągle mi się zmienia ;) W każdym razie od kiedy pojawił się ten browar, nie pijemy z TŻem żadnego innego.
W ostatni weekend udaliśmy się też na plażę do Les Orpeillieres, która leży dokładnie pomiędzy Serignan a Valras. Jest to chyba moja ulubiona plaża w okolicy - mniej uczęszczana (chociaż ciężko było znaleźć miejsce parkingowe...), przez co nie ma tłoku, a jednocześnie bardzo naturalna i czysta.




Kilka fotek z instagrama :) Jesli macie ochotę mnie tam śledzić - jestem pod nickiem petite_iria :) 
A oto w jakich warunkach muszę uczyć się francuskiego... ;)




A bientot!

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

2 dni do przeprowadzki ;)

Czas przyśpieszył niesamowicie w ciągu ostatnich 2 tygodni! Nawet nie wiem kiedy to minęło. Ostatnie dni były lekko stresujące, a to za sprawą pewnej przypadłości, którą mam i przez którą musiałam odwiedzić dodatkowo kilku lekarzy... prawdopodobnie to nic poważnego, ale dzisiaj mam specjalne badanie, które to zweryfikuje. Mam nadzieję, ze wszystko będzie ok! Niemniej jednak zawsze dopada mnie przedwyjazdowy pech - w poprzednie wakacje przed wylotem do Francji zaczął boleć mnie żołądek, jak się później okazało po gastroskopii, mam nadżerki i refluks. Nie muszę chyba opowiadać jak wspaniałe miałam przez to wakacje ;) Ścisła dieta, dokuczliwy ból.... Więc tradycyjnie w tym roku podobnie ;) Pocieszające jest to, że inne badania wyszły książkowo :) Czekam jeszcze na wyniki cytologii. 
Weekend minął na pakowaniu kartonów. Zmieniłam koncepcję przeprowadzkową i uznałam, że nie ma sensu płacić w Ryanairze za dodatkowy bagaż 35 kg aż 400 zł (!!!) i lepiej wysłać wszystko kurierem. Jestem w dość komfortowej sytuacji, bo firma, w której pracuję ma podpisaną umowę z UPS i mogłam całkiem tanio wysłać swoje rzeczy. W sumie za 3 paczki: 17, 13 i 12 kg zapłaciłam 256 zł, czyli dużo taniej niż za bagaż rejestrowany. Zobaczymy jeszcze w jakim stanie te paczki dojdą do Francji ;)
W każdym razie lecę jedynie z bagażem podręcznym, co jest dużym ułatwieniem.
Nie mogę uwierzyć, że to już pojutrze! Oboje z TŻem nie możemy się doczekać! Stęskniłam się ogromnie :)
Na dziś i jutro zostawiłam sobie kilka ostatnich spraw, tj. zdanie kluczy do pracy, zdjęcie simlocka z telefonu, wizyta w banku. Znalazłam również chwilkę czasu na obiad z przyjaciółkami :)
W piątek był mój ostatni dzień w biurze, na pożegnanie dostałam od szefostwa i współpracowników piękny kosz owoców, a przy nim liścik z zabawnym wierszykiem  :)


Sama też przyniosłam ciacha i w miłej atmosferze po raz ostatni napiliśmy się kawy :)
Notka mi wyszła trochę bez ładu i składu, ale piszę na szybko, bo zaraz jadę na badanie. Odezwę się pewnie po przylocie do Francji.
Mam jeszcze pytanie do czytelników (jeśli tacy są ;)) -  zastanawiałam się nad prowadzeniem również vloga. Powiedzcie czy mielibyście ochotę na filmiki o francuskiej tematyce (życie we Francji, kultura, kuchnia itd.) w moim wykonaniu?
Ściskam! Do napisania z francuskiej ziemii :)

czwartek, 17 lipca 2014

Przedostatnia prosta

Wypadałoby wrzucić jakąś aktualizację przeprowadzkowych poczynań :) Ostatnie 3 tygodnie dały mi się we znaki, ale można uznać, że dzięki mojej determinacji prawie wszystko zostało pozałatwiane.
1) Odebrałam paszport - dokładnie po 3 tygodniach od złożenia wniosku.
2) Wyrobiłam kartę EKUZ - wniosek wysłałam mailowo, dzięki czemu ominęło mnie wielogodzinne stanie w kolejce. Karta była do odbioru po tygodniu. Odbiór odbywał się bez kolejki. Niestety, kartę z powodu rodzaju mojego zatrudnienia (umowa zlecenie) wystawiono mi na zaledwie 2 miesięce i ważna jest jedynie do 9/09/2014, w związku z czym będę prawdopodobnie ponownie składać wniosek pod koniec lipca, aby przesunąć choć o 2 tygodnie datę ważności karty (obecną kartę przedłożę do anulowania).
3) Załatwiłam referencje od kolejnego poprzedniego pracodawcy.
4) Poszłam do Orange w celu rozwiązania umowy abonenckiej - niestety tutaj czekała na mnie przykra niespodzianka. Umowę mam na 2 lata, a jestem dokładnie w połowie, więc za jej zerwanie zapłaciłabym 500 zł kary. W związku z tym zdecydowałam, że numer zatrzymam i jeszcze przez 12 miesięcy rodzice będą opłacać mój abonament (50zł miesięcznie). Po kalkulacjach wyszło, że lepiej zapłacić te pieniędze w ratach niż na raz...
5) Wraz z TŻem ustaliliśmy, że on otworzy kolejny numer telefonu pod swoim nazwiskiem i będę miała telefon na abonament za 2 Euro miesięcznie w sieci Free :) Nie potrzebuję tanich minut czy darmowych smsów do Polski, bo z rodziną czy znajomymi i tak zwykle łączę się przez Viber lub Skype, najważniejsze są dla mnie tanie połączenia z TŻem.

Z papierkowych rzeczy to chyba tyle. Aktualnie jestem w trakcie robienia sobie podstawowych badań, co zalecam każdej osobie wyjeżdzającej za granicę. Lepiej przed wyjazdem upewnić się, że wszysto jest ok, wziąć zapas leków, szczególnie tych na receptę i tych, które musimy przyjmować regularnie. Dzisiaj zrobiłam sobie podstawowe badania krwi, kilka badań dodatkowych, tarczycę oraz mocz. Jutro odbieram wyniki, a na poniedziałek zapisałam się do ginekologa. Mam nadzieję, że wszystko jest ok i będę już w końcu mogła cieszyć się wyjazdem, bo na razie lekko się stresuję.
W sobotę organizuję małe spotkanie pożegnalne ze znajomymi w fajnej knajpce w Rynku :) Pewnie będą łzy!

niedziela, 29 czerwca 2014

1 miesiąc i 1 tydzień...

.... tyle pozostało do wyjazdu :) Póki co, w ogóle do mnie nie dociera, że za kilka tygodni będę mieszkać na malowniczym i gorącym Południu :) W obcym kraju, wśród ludzi mówiących innym językiem, w nieco innej kulturze. Coraz częściej zastanawiam się, jak to się wszystko ułoży, czy odnajdę się w nowej rzeczywistości, czy znajdę pracę, czy poznam nowych przyjaciół, takich od serca. Pytań coraz więcej, ale z drugiej strony, czy rozmyślanie na ten temat cokolwiek zmieni? Chyba po prostu należy żyć, zamiast się nad tym życiem zastanawiać :)
Załatwiam już ostatnie sprawy związane z potrzebnymi papierami. Jakiś czas temu odebrałam w USC europejski odpis aktu urodzenia, który we Francji przydaje się w kilku sytuacjach, m.in. przy załatwianiu ubezpieczenia zdrowotnego. Jest to dokument wielojęzyczny, pierwsza strona objaśniona jest po polsku, niemiecku i francusku, natomiast z tyłu jest legenda w innych językach. Nie wiedziałam jaki powód podać przy pobieraniu tego odpisu, więc zaznaczyłam "dla pracodawcy" i papier dostałam za darmo :) Nie wiem jak to jest w przypadku innych powodów. Załatwienie tego dokumentu zajęło mi w sumie niecałe 5 minut, bez żadnych kolejek.
Teraz jestem na etapie pisania i tłumaczenia referencji. Mam zamiar pozyskać referencje od kilku pracodawców, u których już wcześnie pracowałam. Każdą referencję piszę w dwóch wersjach językowych i proszę o podpisanie obu przez pracodawcę. Jeśli pracodawca ma obiekcje i obawy przed podpisaniem wersji francuskiej (nieznajomość języka) można zaproponować podpisanie wersji polskiej, a wersję francuską dołączyć później jako tłumaczenie. We Francji referencje są bardzo mile widziane, a czasami wręcz wymagane. Jako osoba ubiegająca się o pracę należy mieć jak najwięcej "asów w rękawie" i właśnie referencje od poprzednich pracodawców są, według mnie, absolutnym "must have". Oczywiście wszelkie dyplomy, certyfikaty językowe, certyfikaty ukończenia szkoleń, kursów, czy choćby uczestnictwa w kongresach/konferencjach są również jak najmilej widziane, nie tylko za granicą, ale coraz częściej i w Polsce. O tłumaczeniu dyplomów pisałam przy okazji notki o szkole.

To, co zostało mi jeszcze do załatwienia w lipcu:
- wyrobienie Europejskiej Karty Ubezpieczenia Zdrowotnego,
- wypowiedzenie umowy abonenckiej w Orange,
- odebranie paszportu.

Natomiast w sierpniu, przed samym wylotem, muszę:
- wykupić w Ryanairze wybrany bagaż rejestrowany,
- spakować część rzeczy w kartony i nadać kurierem,
- zapłacić za szkołę.

Zastanawiam się jeszcze, co zrobić z kontem bankowym, myślę nad likwidacją karty płatniczej i pozostawieniem sobie samego rachunku, przynajmniej do czasu otworzenia francuskiego konta bankowego.
Macie jakieś doświadczenia w tej kwestii?

czwartek, 12 czerwca 2014

Paszport - dlaczego warto go mieć?

Za mną kolejna z rzeczy, którą mogę odhaczyć na swojej liście "przedprzeprowadzkowej" :) Korzystając z tego, że akurat w tym tygodniu mam w pracy drugą zmianę, wybrałam się we wtorek rano do Dolnośląskiego Urzędu Wojewódzkiego w celu wyrobienia paszportu. Mój poprzedni, a przy okazji pierwszy paszport, skończył ważność w 2010 roku i nie miałam do tej pory potrzeby wyrabiania nowego. Przez ostatnie 4 lata podróżowałam jedynie po Europie, a ściślej - po terenie Unii Europejskiej, w związku z czym legitymowałam się dowodem osobistym. Dlaczego więc teraz zdecydowałam się na wyrobienie paszportu? Cóż... dla wielu instytucji i osób dokument ten jest wciąż dużo bardziej wiarygodny i wartościowy niż karta identyfikacyjna. Dowody osobiste (ID) różnią się w zależności od kraju nie tylko wyglądem, ale również informacjami w nich zamieszczonymi, podczas gdy paszporty są w zasadzie jednakowe i jednolite dla wszystkich państw, a dodatkowo zawierają wiele cennych, z punktu widzenia bezpieczeństwa, informacji.
Paszport warto mieć, ponieważ jesteśmy po prostu bardziej wiarygodni załatwiając cokolwiek we francuskim urzędzie. Również przy podpisywaniu kontraktu z pracodawcą bardzo często wymagany jest od obcokrajowców właśnie ten dokument. Słowem - lepiej mieć i się nie martwić, niż nie mieć, a potem jeździć i załatwiać. Jeśli będziemy już za granicą i okaże się, że paszport jest nam potrzebny, czeka nas wycieczka do Polski albo wizyta w ambasadzie, w której wyrabianie dokumentu jest bardzo czasochłonne (czeka się nawet kilka miesięcy), a do tego bardzo kosztowne (kilka razy drożej niż w Polsce).
Do Urzędu warto wybrać się poza sezonem, czyli w miesiącach od października do kwietnia, aby uniknąć kolejek. Ja załatwiałam wszystko chyba w najgorętszym możliwym okresie... i to dosłownie! Tego dnia termometry wskazywały 33 stopnie w cieniu ;)
Dokumenty potrzebne do wyrobienia paszportu w DUW to:
- wypełniony formularz (do pobrania jedynie na miejscu),
- potwierdzenie dokonania opłaty paszportowej,
- ważny dowód osobisty,
- 1 zdjęcie.
Jak zwykle uczniowie i studenci mają lepiej, bo z ważną legitymacją opłata za wydanie paszportu to jedyne 70 zł. Mnie niestety ten zaszczyt ominął i musiałam zapłacić pełną kwotę - 140 zł.
Do urzędu wybrałam się około godziny 10:30 spodziewając się niesamowitych kolejek. Miałam również w planach odwiedzić tamtejszego fotografa, gdyż nie przygotowałam się odpowiednio w tym temacie, czego żałuję... Idąc za radą wielu osób, po przekroczeniu progu urzędu, udałam się prosto po numerek, który miał mi zapewnić miejsce w kolejce. Następnie wypełniłam wniosek i skierowałam się do kasy, aby zapłacić za paszport (Uwaga! Kasa przyjmuje tylko gotówkę!). Tu kolejek nie było żadnych. Ucieszyłam się, że wszystko idzie sprawnie, więc jak na skrzydłach poleciałam do fotografa, licząc, że zdążę ze zdjęciem zanim męski głos z głośników wypowie magiczną liczbę na bileciku. Niestety tutaj zastałam około 10 osób czekających w tym samym celu na korytarzu... Po 20 minutach nadeszła moja kolej, fotografka pstryknęła zdjęcie i kazała pojawić się za 5 minut po odbiór. Było już wiadome, że przeoczyłam swoje miejsce w kolejce, więc poszłam po kolejny numerek, tak aby nie tracić czasu podczas czekania na fotkę. Bilecik się wydrukował, a mój numer od razu wyświetlił się na monitorze kierując do boksu, do którego powinnam iść. Szkoda tylko, że jeszcze wtedy nie miałam tego cholernego zdjęcia ;) Pobiegłam więc do fotografa, zdjęcia akurat były gotowe, więc zapłaciłam (4 zdjęcia=35 zł) i wróciłam po trzeci już tamtejszego dnia świstek. Tym razem nie było tak kolorowo i musiałam chwilę poczekać, ale 3 osoby to jeszcze nie tragedia, tym bardziej, że w dziale paszportowym na pełnych obrotach pracowało przynajmniej 10 boksów, więc wszystko szło w miarę sprawnie. "Na dywanik" przyjęła mnie bardzo miła starsza Pani, zdjęła moje odciski palców, poinformowała o możliwości śledzenia statusu mojego paszportu na stronie internetowej i tyle ;) W sumie siedziałam z nią niecałe 10 minut, natomiast cała wizyta w urzędzie trwała około 45 minut.
Nie wiem czy tak jest codziennie, bo z premedytacją nie poszłam tam w poniedziałek, zgodnie z zasadą, że największe kolejki w urzędach są na początku i pod koniec tygodnia, ale nie było źle i generalnie mogę powiedzieć, że wszystko poszło sprawnie. Osobom, które planują wyrobić sobie paszport w niedługim czasie, zalecam jednak zrobić wcześniej zdjęcie w jakimś sprawdzonym punkcie. Można również zaoszczędzić czas na staniu w kolejce do kasy i puścić kilka dni wcześniej przelew na konto urzędu.
Wiem, że temat wyrabiania paszportu może wydawać się banalny, ale być może komuś pomoże lub po prostu zaoszczędzi czyjś czas :)

wtorek, 3 czerwca 2014

Przyjęta!

Miałam się pochwalić już wcześniej, ale jakoś kompletnie nie miałam czasu. Nie spodziewałam się tak szybkiego obrotu sprawy. Dokumenty na Uniwersytet w Montpellier wysłałam w połowie maja, a już 21.05 wysłano do mnie list o zaakceptowaniu moich dokumentów :) Jakież było moje zdziwienie, gdy wróciłam do domu i zobaczyłam białą, wąską kopertę, a w niej to:


Oprócz listu autoryzacyjnego dostałam także informację o potrzebnych dokumentach, które należy złożyć lub okazać przy końcowej inskrypcji pomiędzy 26.08 a 3.09, ogólny plan/kalendarz kursu (testy, egzaminy, dni wolne itp.) oraz mapkę całego kampusu :) Mapka szczególnie przypadła mi do gustu, gdyż są na niej ręcznie zaznaczone miejsca, które mogą się przydać, np. budynek główny IEFE, przystanek tramwajowy, na którym najlepiej wysiąść, poczta, centrum handlowe :D
Przy końcowej rejestracji będę musiała okazać:
- paszport lub dowód osobisty (dla obywateli UE)
- oryginał dyplomu ukończenia studiów wyższych (ten sam, którego kopię już wysłałam),

- ubezpieczenie zdrowotne, czyli w moim przypadku Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego (EKUZ).
Następnie czeka mnie wypełnienie kolejnego formularza oraz wyznaczenie terminu testu, który zdecyduje o przydzieleniu do grupy. Posiadacze certyfikatów DELF lub DALF są zwolnieni z tego ostatniego.
Bardzo się cieszę, że ten ważny punkt z mojej przedemigracyjnej listy mogę już odhaczyć :)

piątek, 16 maja 2014

Przygotowania do wyjazdu - wybór szkoły

Ale pogoda, co? Gdzie ten piękny maj? Ostatnio wręcz jesienna aura, wcale nie pomaga mi w załatwianiu rzeczy ;) Mam wrażenie, że na nic nie mam czasu. Wyjazd coraz bliżej, a jeszcze tyle do zrobienia! No, ale przynajmniej jedną najważniejszą rzecz mam już odhaczoną. No, może dwie ;)
6.08.2014 to już dokładna data wyjazdu :) Bilet lotniczy w jedną stronę kupiłam na początku maja, udało mi się upolować go w całkiem fajnej cenie (jak na sezon wakacyjny) - 211 zł. Do tego oczywiście dojdą opłaty za bagaż rejestrowany, prawdopodobnie ten największy 15+20 kg, ale wykupię tę opcję dopiero przed wyjazdem, gdy już ogarnę pakowanie i będę wiedziała, co i jak. Reszta rzeczy, jeśli będzie taka potrzeba, pójdzie paczkami.
Myślę, że każda osoba wyjeżdżająca na stałe za granicę ma podobne problemy. Dokładnie trzeba przemyśleć to, po co jedziemy i co będziemy robić na miejscu. Osobiście jestem osobą zorganizowaną i nie wyobrażam sobie jechać gdziekolwiek w ciemno, licząc na łut szczęścia. Dla osób wyjeżdżających do Wielkiej Brytanii, Niemiec lub gdziekolwiek, gdzie język jest im znany, prawdopodobnie jedynym zmartwieniem jest znalezienie mieszkania i pracy. Ja jestem w trochę innej sytuacji. Języka francuskiego zaczęłam uczyć się na poważnie dopiero w październiku zeszłego roku, kiedy było już wiadomo, że będę się przeprowadzać. Oczywiście po tylu latach jestem już dość osłuchana i język ten nie jest mi zupełnie obcy, ale daleko mi do poziomu, który zapewniłby mi znalezienie pracy. W związku z tym, zdecydowaliśmy z TŻem, że najpierw nauczę się porządnie języka i na tym się skupię, a dopiero później zacznę szukać pracy. W poszukiwaniu szkoły pomogła mi rozmowa z koleżanką, która kilka lat temu była w identycznej sytuacji i również wyjechała do Francji za swoim chłopakiem (w czerwcu już mężem!) ;) To ona poleciła mi wybrać kurs semestralny dla obcokrajowców na najbliższym uniwersytecie. Niestety szkoły językowe pod tym względem wypadają dość blado i... drogo. Spędziliśmy więc w sumie kilka godzin z TŻem na googlowaniu i ogólnym researchu najbliższych kursów. Pierwszy trop okazał się tym najlepszym i po wymianie kilku e-maili z sekretariatem zdecydowaliśmy wspólnie, że powinnam iść na Université Paul-Valéry w Montpellier. Dokładnie, instytutem zajmującym się organizacją studiów oraz kursów dla obcokrajowców jest IEFE czyli Institut d'Etudes Francaises pour Etrangers. Kurs semestralny trwa od września do grudnia lub od stycznia do maja i obejmuje 16 godzin nauki francuskiego w tygodniu, podzielonych na przedmioty takie jak gramatyka, leksyka, laboratorium fonetyczne, laboratorium multimedialne i inne. Do nauki francuskiego wykorzystywane są najnowsze technologie. 

źródło iefe.univ-montp3.fr

Oprócz tego można liczyć na dodatkowe warsztaty raz w tygodniu w zależności od poziomu, na jakim się jest:
- kuchnia i kultura francuska (na każdym poziomie)
- nauka o winie (od poziomu A2)
- język francuski na uniwersytecie (od poziomu B2).
Od poziomu B1 można także wybrać sobie 2 dodatkowe przedmioty spośród kilku, np. literatura francuska, wiedza o społeczeństwie, historia Francji itd.
Kursy semestralne na uniwersytetach są bardzo intensywne i ciężkie, ale przynoszą niesamowite efekty, szczególnie dla osób, którym zależy na szybkim opanowaniu języka.
Cały kurs kosztuje w sumie 1250 Euro, w tym 150 Euro należy zapłacić przy pre-inskrypcji, która trwa do 30 maja. Ograniczeń wiekowych nie ma, a jeśli chodzi o wykształcenie - na kurs może zapisać się każda osoba posiadająca przynajmniej świadectwo ukończenia szkoły średniej.
Kolekcjonowanie wymaganych dokumentów zajęło mi trochę czasu, gdyż razem z wypełnionym formularzem należy przesłać także m.in. kopię świadectwa/dyplomu (w moim przypadku dyplom magisterski) i jego oficjalne tłumaczenie. Ja przy okazji wizyty u tłumaczki przysięgłej przetłumaczyłam sobie wszystkie dyplomy, które posiadam, żeby mieć na przyszłość. Oryginały dokumentów należy okazać podczas finalnej inskrypcji, która trwa od 26.08 do 3.09. Dla osób nie posiadających żadnego certyfikatu językowego przewidziany jest test pisany oraz oralny, który zdecyduje o przydzieleniu do odpowiedniej grupy.
Komplet dokumentów wysłałam pocztą i teraz czekam na decyzję szkoły. Mam nadzieję, że nie będzie problemów i w czerwcu otrzymam list o przyjęciu na studia :)

sobota, 3 maja 2014

Pâques

W końcu znalazłam chwilę, aby napisać po powrotową notkę ;) Wróciłam w zeszłą niedzielę, także prawie tydzień temu. Ogólnie pisząc było cudownie, pogoda dopisała. Niestety zepsuło się w sobotę wieczorem i całą Wielką Niedzielę oraz poniedziałek padało i było zimno. Od rodziny TŻa dowiedziałam się, że tak jest co roku, więc oni już przywykli ;) Przez pozostałe dni było słonecznie i ciepło, około 25 stopni, więc bardzo dużo spacerowałam po mieście, chodziłam na zakupy, zwiedzałam. Kilkakrotnie ktoś mnie zaczepiał, zagadywał, a już największym zaskoczeniem było dwóch panów pijących piwo na tarasie widokowym pod katedrą, którzy zagadali do mnie, gdy robiłam zdjęcia. Pogadaliśmy sobie chwilę, pytali mnie co robię w Beziers, jak długo zostaję, więc opowiedziałam im po krótce, że mam chłopaka Francuza. Jak powiedziałam, że jestem z Polski jeden z nich wzniósł puszkę trunku do góry i krzyknął: "Na zdrovia!!" :D A potem zaczął śpiewać piosenkę o Polce, co w Hiszpanii spotkała Francuza... i do tego zatańczył. Uśmiałam się z nich strasznie ;) Tego dnia przeszłam na nogach chyba z 15 km... za to udało się się zrobić kilka fajnych zdjęć, ale o tym w kolejnej notce. Na zachętę panorama (po prawej stronie na górze widać katedrę):



Teraz trochę Wam opowiem jak wyglądają Święta Wielkanocne we Francji, gdyż nieco różnią się od naszych. Przede wszystkim Francja jest krajem laickim, wiele osób jest ochrzczonych, ale na tym kończy się ich udział w życiu Kościoła, niewiele osób chodzi na niedzielne msze. Święta są traktowane bardziej jako tradycja rodzinna, a nie religijna, stanowią okazję do spotkania się w dużym rodzinnym gronie, ugotowania czegoś wykwintnego, spędzenia czasu na rozmowach, zabawach, wygłupach. Na Południu nie da się odczuć świątecznego klimatu, nie ma ozdób, kurczaczków, baranków, rzeżuchy. Oczywiście w supermarkecie kupimy czekoladowe jajka i zajączki, ale na tym w zasadzie się kończy. Nawet podczas obiadu rodzina TŻ zwróciła uwagę na serwetki z motywem kurczaczka, na co Veronique (żona taty TŻa) odparła z uśmiechem: "No co? W końcu jest Wielkanoc!" Myślę, że to zdanie najlepiej określa stosunek Francuzów do wielkanocnych ozdób ;)
W świąteczną niedzielę spotykaliśmy się na obiedzie u taty TŻa około 12.00. W sumie było 15 osób, co stanowi całkiem sporą grupkę przy stole. Początkowo wszyscy spotkali się w salonie na mały aperitif (zakąski). Wybór był spory i można było skubnąć według uznania: oliwki w każdej postaci, kiełbaski wędzone w różnych smakach, małe parówki na ciepło z sosami, krakersy, chipsy i chrupkie przegryzki. Do tego oczywiście spory wybór alkoholu, głównie win. Niestety nie mam zdjęcia całego stołu, zresztą ciężko było cokolwiek uchwycić, bo co chwilę Pani Domu donosiła coś do jedzenia, ale mam zdjęcie małego Enzo przy ławie ;)



A tu nasza gwiazda tańczy ;) Niestety nie uchwyciłam najlepszych momentów, ale widać te ruchy :p


Następnie zaproszono wszystkich do stołu w jadalni, gdzie jako starter podano tosty z musem maślano-czosnkowym oraz sałatkę z pieczonej papryki z serem feta. Wszystko było przepyszne. Danie główne nie do końca przypadło mi do gustu, ale ja po prostu nie przepadam za mięsem, a była to potrawka z ziemniaków i cielęciny. Trzeba jednak przyznać, że mięso było idealnie przyrządzone, bardzo miękkie i soczyste. Do wszystkich dań oczywiście podawano czerwone i białe wino, wedle uznania.
Po obiedzie na stół wkroczyły moje ulubione sery. Tutaj już sobie nie żałowałam i spróbowałam wszystkiego, od miękkich młodych do dojrzałych i twardych serów. TŻ mnie potem nie chciał całować ;) Po obiedzie część towarzystwa wyskoczyła na papierosa, a mniejsza część (w tym ja i TŻ) została w domu. Należymy do tych niepalących. W między czasie porozmawiałam trochę z moimi rodzicami przez telefon, bo były to moje pierwsze Święta Wielkanocne poza domem.
Towarzystwo wróciło, a na stale pojawiły się ciasta ;)


Czekoladowe

Pistacjowe

Co do tego drugiego, ciężko było zgadnąć, co to za zielona masa w środku, więc robiliśmy zakłady pomiędzy avocado a szpinakiem ;) Ciasto okazało się przepyszne, a krem pistacjowy był doskonały! Ozdobne makaroniki też ;)
Po deserze posiedzieliśmy jeszcze jakiś czas razem, rozmawiając i śmiejąc się. Sporo osób chwaliło mój francuski i nie przejmowało się czy rozumiem czy nie, po prostu zwracali się bezpośrednio do mnie. Chyba nieźle sobie radziłam, bo jednomyślnie stwierdzili, że fajnie mówię i mam piękny, seksowny akcent ;) Na koniec najmłodsi musieli znaleźć wszystkie ukryte w domu czekoladowe jajka. Starsi trochę im pomagali. Około 18.00 zebraliśmy się i wróciliśmy do siebie. Byłam tak najedzona, że zrezygnowałam z kolacji, natomiast TŻ i jego brat pojechali jeszcze do KFC po małe co nieco.
Generalnie przez cały swój pobyt zjadłam niebotyczne ilości słodyczy... normalnie sobie na tyle nie pozwalam, niestety we Francji śniadanie je się zwykle w formie słodkiego rogalika czy ciastka. Nie wiem jak to będzie, gdy się tam przeprowadzę, bo mi od słodkiego na pusty żołądek robi się niedobrze. Będę musiała znaleźć złoty środek ;)

Kilka moich ulubionych francuskich słodyczy:

Magdalenki i gofry z czekoladą ze sklepu Bio

Czekolada mleczna z ciasteczkami

Jogurt z tartą cytrynową

Dobrze, że tyle spacerowałam to przynajmniej nie poszło mi w 4 litery ;) Wyjazd upłynął też pod znakiem... pieczenia brioszki. TŻ ma w domu maszynę do pieczenia chleba, a do tego książkę z przepisami. Przeglądając ją znalazłam... makowca!


Wytłumaczyłam chłopakom, że jest to tradycyjne polskie ciasto i serwuje się je zwykle właśnie z okazji świąt. Pojechaliśmy do sklepu, z łatwością znaleźliśmy mak i pod koniec mojego pobytu mogłam spróbować makowca na francuskiej ziemi! :D Wyszedł przepyszny :)



Chłopaki zrobili makowca od początku do końca sami, także masę makową z suchego maku, mleka, miodu, pudru migdałowego, z dodatkiem rodzynek. Mi bardzo smakował, ale wczoraj TŻ zdradził, że znów kupił mak, bo chce dojść do perfekcji w robieniu tego ciasta, specjalnie dla mnie. Kochany!

Kończę już tę przydługą notkę... pokażę Wam jeszcze, gdzie będę mieszkać:


Okolica - taki mam widok z tarasu w domu TŻa :)

Robi wrażenie, szczególnie w jasny, słoneczny dzień.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Jak dojechać?

Udało mi się znaleźć chwilę czasu na napisanie przedwyjazdowej notki. Nie, jeszcze nie na stałe, a jedynie na Święta Wielkanocne lecę do Francji. Już nie mogę się doczekać 1,5 tygodnia urlopu :D Mam w planach przede wszystkim odespanie, zrelaksowanie się, odstresowanie, no i pozwiedzanie czego się da. Nie piszę o rzeczy oczywistej, czyli spędzaniu czasu z moim TŻem ;) Trochę to niestety będzie utrudnione, gdyż TŻ ma ostatnio dużo pracy, kończy jakiś projekt i generalnie siedzi w biurze po godzinach. Ja czasu jednak marnować nie chcę i na pewno wybiorę się na niejeden spacer po okolicy.
Ale do rzeczy... chciałam napisać co nieco o połączeniach komunikacyjnych między Wrocławiem a Francją Południową. O innych polskich miastach nie będę pisać, bo nigdy nie zagłębiałam się w temat.
Niestety za wiele do opowiadania tutaj nie ma, gdyż po prostu nie ma bezpośrednich lotniczych połączeń pomiędzy Wrocławiem a jakimkolwiek francuskim miastem innym niż... Paryż. Stolica Francji jednak w żaden sposób nas nie urządza, bo leży 750 km od Béziers. Z pomocą jakiś czas temu wyszedł Ryanair (www.ryanair.com) otwierając połączenie Wrocław - Girona (Hiszpania). Girona leży 30 km od Barcelony i stanowi praktycznie jej peryferyjne lotnisko. Jest idealnym punktem zaczepienia dla wszystkich, którzy planują zwiedzić wybrzeże Costa Brava lub właśnie Langwedocję. Od Béziers dzieli ją jakieś 180 km, czyli około 1,5 godziny drogi samochodem. Za bilet w dwie strony poza sezonem zapłaciłam 325 zł. Lot trwa około 2 godzin. W cenie mam bagaż podręczny o wymiarach 55x40x20cm i limicie wagowym do 10 kg oraz drugi mały bagaż podręczny (wprowadzony 1.12.2013) o wymiarach 35x20x20. Więcej informacji na ten temat tutaj: http://ryanair.com/pl/warunki-dotyczace-podrozy/regulations-cabinbaggage/
Dla mnie i dla TŻa jest to najwygodniejsza opcja transportu, nawet pomimo tych 360 km, które w sumie trzeba dodatkowo przejechać samochodem. Niestety nie znaleźliśmy na razie ani pociągu, ani busa jadącego tą trasą.
Drugą opcją podróży jest autokar, konkretnie linii Sindbad. Niestety opcja ta zdecydowanie przegrywa z samolotem pod względem czasu podróży, wygody i ceny. Za bilet w dwie strony z Wrocławia do Montpellier zapłacimy, niezależnie od sezonu, 749 zł (www.sindbad.pl). Suma wydaje się niebotyczna w stosunku do tego, co można "upolować" w Ryanairze, a sama podróż autobusem trwa 24h, zazwyczaj z przesiadką w Berlinie na lotnisku Schoenefeld. Nie muszę chyba pisać jak męcząca bywa ta droga, a do tego, to aż 2 dni w podróży! Sindbad wygrywa jednak tym, że w cenie biletu mamy bagaż w zasadzie bez limitu wagowego, do tego na pokład autokaru możemy wziąć nawet 1 czy 2 torebki. Plusem jest również to, że Sindbadem dojedziemy do Montpellier, a stamtąd już jedynie 50 km do Béziers.
Dla mnie zdecydowanie jednak wygrywa samolot :)

Nie wiem czy uda mi się napisać coś z Francji, ponieważ nie zabieram ze sobą laptopa, więc już teraz życzę Wam wszystkim: 

Wesołych Świąt Wielkanocnych spędzonych w miłej, rodzinnej atmosferze, mnóstwa pyszności na stole i mokrego Dyngusa!

Je vous souhaite d'heureuses fêtes, beaucoup de joie et de bonheur.

Joyeuses Pâques! :)

wtorek, 8 kwietnia 2014

Parę słów o regionie

Pomyślałam, że wypadałoby napisać, co nieco o regionie, w którym będę mieszkać :) Myślę, że jest to o tyle ciekawe, że zwykle Polacy wyjeżdżający do Francji wybierają kierunki północne, okolice granicy belgijskiej, niemieckiej lub po prostu większe miasta, szczególnie Paryż, Lyon, Lille, Marsylię, a zdecydowanie rzadziej ciepłe Południe, które charakteryzuje się pięknymi, ale małymi miastami.
Administracyjnie Francja podzielona jest na regiony, które można przyrównać do polskich województw. W sumie jest 27 regionów, w tym 5 zamorskich. Szczebel niżej znajdują się departamenty, których jest 107. Departamenty mają swoje nazwy oraz numery porządkowe dopasowane (ogólnie rzecz ujmując) alfabetycznie. Departament jest ważnym wyznacznikiem miejsca zamieszkania - jego nazwy bądź numeru używa się często w różnych wyszukiwarkach, formularzach, czy na forach, aby określić swoją lokalizację. Ciekawostką jest, że kod pocztowy miasta zaczyna się zawsze od pierwszych dwóch cyfr oznaczających właśnie departament :) Niżej w hierarchii znajdują się okręgi, następnie kantony, a na końcu, najmniejsze - gminy. 
Zatem przedstawiając Béziers, aby ułatwić jego zlokalizowanie, podajemy informacje: 
departament Hérault, 
region Languedoc-Roussillon. 
Zamiast nazwy departamentu możemy użyć oznaczenia cyfrowego 34 lub całego kodu pocztowego 34500.

Langwedocja... o tym regionie można napisać książkę ;) 
Cytując za Wikipedią:
"[...] kraina historyczna w południowo-wschodniej Francji, między Pirenejami, Masywem Centralnym, Rodanem i Morzem Śródziemnym. Obecnie wraz z Roussillon tworzy region administracyjny Langwedocja-Roussillon, a część obszarów zaliczanych tradycyjnie do Langwedocji należy do regionu Midi-Pyrénées. "
Langwedocja jest częścią Oksytanii, a jej rodzimym językiem jest oksytański (do tej pory niektórzy go używają). O swoim historycznym pochodzeniu pamięta wielu Francuzów, mój TŻ zwykł nawet z wielką dumą mawiać: "Je suis occitan", chociaż po oksytańsku nie mówi w ogóle :D
Langwedocja jest to kraina winem płynąca... na każdym kroku widać plantacje winogron, winiarnie z bogatymi i wieloletnimi tradycjami, a na sklepowych półkach dominują wina z tego regionu. Za kilka euro można kupić butelkę całkiem niezłego trunku i napić się do kolacji, tym samym wspierając rodzimą gospodarkę. A Francuzi winiarzami są strasznymi ;) Alkohol ten podaje się do wszystkiego... do obiadu, do deseru, do kolacji, ale także jako aperitif.

Winnica w okolicy Montpellier
źródło: wp.pl

Częstym zjawiskiem są również drzewa oliwne i muszę przyznać, że region ten może pochwalić się przepysznymi oliwkami :) Śródziemnomorski klimat zdecydowanie sprzyja tym roślinom.
Wśród Polaków wciąż wygrywa podejście, że "jak na wakacje do Francji, to tylko na Lazurowe Wybrzeże". A szkoda! Całe francuskie wybrzeże warte jest odwiedzenia. Widoki są niesamowite, plaże szerokie i piaszczyste, bogata baza hotelowa, dobra infrastruktura. Można wybrać plażę publiczną, której przedłużeniem będzie deptak z dużą ilością barów i restauracji, ale ja polecam wybrać plażę dziką, rzadziej uczęszczaną.

 Frontignan plage
źródło: www.location-frontignan-plage.fr

Langwedocja jest krainą historyczną, bogatą w zabytki, starożytne budowle i architekturę. Znakiem rozpoznawczym są kamienne akwedukty i mosty. Moim zdecydowanie ulubionym miejscem jest Minerve - maleńkie starożytne miasteczko wybudowane na skale... Na relację z wycieczki do Minerwy z mnóstwem zdjęć na pewno poświęcę osobnego posta :)

Panorama Minerve

Wiem, że post wyszedł bardzo ogólnie, ale mam nadzieje, że choć w małym stopniu udało mi się przybliżyć wam Langwedocję i zachęcić do odwiedzenia tego regionu. Na pewno więcej informacji ukaże się z czasem :)