piątek, 16 maja 2014

Przygotowania do wyjazdu - wybór szkoły

Ale pogoda, co? Gdzie ten piękny maj? Ostatnio wręcz jesienna aura, wcale nie pomaga mi w załatwianiu rzeczy ;) Mam wrażenie, że na nic nie mam czasu. Wyjazd coraz bliżej, a jeszcze tyle do zrobienia! No, ale przynajmniej jedną najważniejszą rzecz mam już odhaczoną. No, może dwie ;)
6.08.2014 to już dokładna data wyjazdu :) Bilet lotniczy w jedną stronę kupiłam na początku maja, udało mi się upolować go w całkiem fajnej cenie (jak na sezon wakacyjny) - 211 zł. Do tego oczywiście dojdą opłaty za bagaż rejestrowany, prawdopodobnie ten największy 15+20 kg, ale wykupię tę opcję dopiero przed wyjazdem, gdy już ogarnę pakowanie i będę wiedziała, co i jak. Reszta rzeczy, jeśli będzie taka potrzeba, pójdzie paczkami.
Myślę, że każda osoba wyjeżdżająca na stałe za granicę ma podobne problemy. Dokładnie trzeba przemyśleć to, po co jedziemy i co będziemy robić na miejscu. Osobiście jestem osobą zorganizowaną i nie wyobrażam sobie jechać gdziekolwiek w ciemno, licząc na łut szczęścia. Dla osób wyjeżdżających do Wielkiej Brytanii, Niemiec lub gdziekolwiek, gdzie język jest im znany, prawdopodobnie jedynym zmartwieniem jest znalezienie mieszkania i pracy. Ja jestem w trochę innej sytuacji. Języka francuskiego zaczęłam uczyć się na poważnie dopiero w październiku zeszłego roku, kiedy było już wiadomo, że będę się przeprowadzać. Oczywiście po tylu latach jestem już dość osłuchana i język ten nie jest mi zupełnie obcy, ale daleko mi do poziomu, który zapewniłby mi znalezienie pracy. W związku z tym, zdecydowaliśmy z TŻem, że najpierw nauczę się porządnie języka i na tym się skupię, a dopiero później zacznę szukać pracy. W poszukiwaniu szkoły pomogła mi rozmowa z koleżanką, która kilka lat temu była w identycznej sytuacji i również wyjechała do Francji za swoim chłopakiem (w czerwcu już mężem!) ;) To ona poleciła mi wybrać kurs semestralny dla obcokrajowców na najbliższym uniwersytecie. Niestety szkoły językowe pod tym względem wypadają dość blado i... drogo. Spędziliśmy więc w sumie kilka godzin z TŻem na googlowaniu i ogólnym researchu najbliższych kursów. Pierwszy trop okazał się tym najlepszym i po wymianie kilku e-maili z sekretariatem zdecydowaliśmy wspólnie, że powinnam iść na Université Paul-Valéry w Montpellier. Dokładnie, instytutem zajmującym się organizacją studiów oraz kursów dla obcokrajowców jest IEFE czyli Institut d'Etudes Francaises pour Etrangers. Kurs semestralny trwa od września do grudnia lub od stycznia do maja i obejmuje 16 godzin nauki francuskiego w tygodniu, podzielonych na przedmioty takie jak gramatyka, leksyka, laboratorium fonetyczne, laboratorium multimedialne i inne. Do nauki francuskiego wykorzystywane są najnowsze technologie. 

źródło iefe.univ-montp3.fr

Oprócz tego można liczyć na dodatkowe warsztaty raz w tygodniu w zależności od poziomu, na jakim się jest:
- kuchnia i kultura francuska (na każdym poziomie)
- nauka o winie (od poziomu A2)
- język francuski na uniwersytecie (od poziomu B2).
Od poziomu B1 można także wybrać sobie 2 dodatkowe przedmioty spośród kilku, np. literatura francuska, wiedza o społeczeństwie, historia Francji itd.
Kursy semestralne na uniwersytetach są bardzo intensywne i ciężkie, ale przynoszą niesamowite efekty, szczególnie dla osób, którym zależy na szybkim opanowaniu języka.
Cały kurs kosztuje w sumie 1250 Euro, w tym 150 Euro należy zapłacić przy pre-inskrypcji, która trwa do 30 maja. Ograniczeń wiekowych nie ma, a jeśli chodzi o wykształcenie - na kurs może zapisać się każda osoba posiadająca przynajmniej świadectwo ukończenia szkoły średniej.
Kolekcjonowanie wymaganych dokumentów zajęło mi trochę czasu, gdyż razem z wypełnionym formularzem należy przesłać także m.in. kopię świadectwa/dyplomu (w moim przypadku dyplom magisterski) i jego oficjalne tłumaczenie. Ja przy okazji wizyty u tłumaczki przysięgłej przetłumaczyłam sobie wszystkie dyplomy, które posiadam, żeby mieć na przyszłość. Oryginały dokumentów należy okazać podczas finalnej inskrypcji, która trwa od 26.08 do 3.09. Dla osób nie posiadających żadnego certyfikatu językowego przewidziany jest test pisany oraz oralny, który zdecyduje o przydzieleniu do odpowiedniej grupy.
Komplet dokumentów wysłałam pocztą i teraz czekam na decyzję szkoły. Mam nadzieję, że nie będzie problemów i w czerwcu otrzymam list o przyjęciu na studia :)

sobota, 3 maja 2014

Pâques

W końcu znalazłam chwilę, aby napisać po powrotową notkę ;) Wróciłam w zeszłą niedzielę, także prawie tydzień temu. Ogólnie pisząc było cudownie, pogoda dopisała. Niestety zepsuło się w sobotę wieczorem i całą Wielką Niedzielę oraz poniedziałek padało i było zimno. Od rodziny TŻa dowiedziałam się, że tak jest co roku, więc oni już przywykli ;) Przez pozostałe dni było słonecznie i ciepło, około 25 stopni, więc bardzo dużo spacerowałam po mieście, chodziłam na zakupy, zwiedzałam. Kilkakrotnie ktoś mnie zaczepiał, zagadywał, a już największym zaskoczeniem było dwóch panów pijących piwo na tarasie widokowym pod katedrą, którzy zagadali do mnie, gdy robiłam zdjęcia. Pogadaliśmy sobie chwilę, pytali mnie co robię w Beziers, jak długo zostaję, więc opowiedziałam im po krótce, że mam chłopaka Francuza. Jak powiedziałam, że jestem z Polski jeden z nich wzniósł puszkę trunku do góry i krzyknął: "Na zdrovia!!" :D A potem zaczął śpiewać piosenkę o Polce, co w Hiszpanii spotkała Francuza... i do tego zatańczył. Uśmiałam się z nich strasznie ;) Tego dnia przeszłam na nogach chyba z 15 km... za to udało się się zrobić kilka fajnych zdjęć, ale o tym w kolejnej notce. Na zachętę panorama (po prawej stronie na górze widać katedrę):



Teraz trochę Wam opowiem jak wyglądają Święta Wielkanocne we Francji, gdyż nieco różnią się od naszych. Przede wszystkim Francja jest krajem laickim, wiele osób jest ochrzczonych, ale na tym kończy się ich udział w życiu Kościoła, niewiele osób chodzi na niedzielne msze. Święta są traktowane bardziej jako tradycja rodzinna, a nie religijna, stanowią okazję do spotkania się w dużym rodzinnym gronie, ugotowania czegoś wykwintnego, spędzenia czasu na rozmowach, zabawach, wygłupach. Na Południu nie da się odczuć świątecznego klimatu, nie ma ozdób, kurczaczków, baranków, rzeżuchy. Oczywiście w supermarkecie kupimy czekoladowe jajka i zajączki, ale na tym w zasadzie się kończy. Nawet podczas obiadu rodzina TŻ zwróciła uwagę na serwetki z motywem kurczaczka, na co Veronique (żona taty TŻa) odparła z uśmiechem: "No co? W końcu jest Wielkanoc!" Myślę, że to zdanie najlepiej określa stosunek Francuzów do wielkanocnych ozdób ;)
W świąteczną niedzielę spotykaliśmy się na obiedzie u taty TŻa około 12.00. W sumie było 15 osób, co stanowi całkiem sporą grupkę przy stole. Początkowo wszyscy spotkali się w salonie na mały aperitif (zakąski). Wybór był spory i można było skubnąć według uznania: oliwki w każdej postaci, kiełbaski wędzone w różnych smakach, małe parówki na ciepło z sosami, krakersy, chipsy i chrupkie przegryzki. Do tego oczywiście spory wybór alkoholu, głównie win. Niestety nie mam zdjęcia całego stołu, zresztą ciężko było cokolwiek uchwycić, bo co chwilę Pani Domu donosiła coś do jedzenia, ale mam zdjęcie małego Enzo przy ławie ;)



A tu nasza gwiazda tańczy ;) Niestety nie uchwyciłam najlepszych momentów, ale widać te ruchy :p


Następnie zaproszono wszystkich do stołu w jadalni, gdzie jako starter podano tosty z musem maślano-czosnkowym oraz sałatkę z pieczonej papryki z serem feta. Wszystko było przepyszne. Danie główne nie do końca przypadło mi do gustu, ale ja po prostu nie przepadam za mięsem, a była to potrawka z ziemniaków i cielęciny. Trzeba jednak przyznać, że mięso było idealnie przyrządzone, bardzo miękkie i soczyste. Do wszystkich dań oczywiście podawano czerwone i białe wino, wedle uznania.
Po obiedzie na stół wkroczyły moje ulubione sery. Tutaj już sobie nie żałowałam i spróbowałam wszystkiego, od miękkich młodych do dojrzałych i twardych serów. TŻ mnie potem nie chciał całować ;) Po obiedzie część towarzystwa wyskoczyła na papierosa, a mniejsza część (w tym ja i TŻ) została w domu. Należymy do tych niepalących. W między czasie porozmawiałam trochę z moimi rodzicami przez telefon, bo były to moje pierwsze Święta Wielkanocne poza domem.
Towarzystwo wróciło, a na stale pojawiły się ciasta ;)


Czekoladowe

Pistacjowe

Co do tego drugiego, ciężko było zgadnąć, co to za zielona masa w środku, więc robiliśmy zakłady pomiędzy avocado a szpinakiem ;) Ciasto okazało się przepyszne, a krem pistacjowy był doskonały! Ozdobne makaroniki też ;)
Po deserze posiedzieliśmy jeszcze jakiś czas razem, rozmawiając i śmiejąc się. Sporo osób chwaliło mój francuski i nie przejmowało się czy rozumiem czy nie, po prostu zwracali się bezpośrednio do mnie. Chyba nieźle sobie radziłam, bo jednomyślnie stwierdzili, że fajnie mówię i mam piękny, seksowny akcent ;) Na koniec najmłodsi musieli znaleźć wszystkie ukryte w domu czekoladowe jajka. Starsi trochę im pomagali. Około 18.00 zebraliśmy się i wróciliśmy do siebie. Byłam tak najedzona, że zrezygnowałam z kolacji, natomiast TŻ i jego brat pojechali jeszcze do KFC po małe co nieco.
Generalnie przez cały swój pobyt zjadłam niebotyczne ilości słodyczy... normalnie sobie na tyle nie pozwalam, niestety we Francji śniadanie je się zwykle w formie słodkiego rogalika czy ciastka. Nie wiem jak to będzie, gdy się tam przeprowadzę, bo mi od słodkiego na pusty żołądek robi się niedobrze. Będę musiała znaleźć złoty środek ;)

Kilka moich ulubionych francuskich słodyczy:

Magdalenki i gofry z czekoladą ze sklepu Bio

Czekolada mleczna z ciasteczkami

Jogurt z tartą cytrynową

Dobrze, że tyle spacerowałam to przynajmniej nie poszło mi w 4 litery ;) Wyjazd upłynął też pod znakiem... pieczenia brioszki. TŻ ma w domu maszynę do pieczenia chleba, a do tego książkę z przepisami. Przeglądając ją znalazłam... makowca!


Wytłumaczyłam chłopakom, że jest to tradycyjne polskie ciasto i serwuje się je zwykle właśnie z okazji świąt. Pojechaliśmy do sklepu, z łatwością znaleźliśmy mak i pod koniec mojego pobytu mogłam spróbować makowca na francuskiej ziemi! :D Wyszedł przepyszny :)



Chłopaki zrobili makowca od początku do końca sami, także masę makową z suchego maku, mleka, miodu, pudru migdałowego, z dodatkiem rodzynek. Mi bardzo smakował, ale wczoraj TŻ zdradził, że znów kupił mak, bo chce dojść do perfekcji w robieniu tego ciasta, specjalnie dla mnie. Kochany!

Kończę już tę przydługą notkę... pokażę Wam jeszcze, gdzie będę mieszkać:


Okolica - taki mam widok z tarasu w domu TŻa :)

Robi wrażenie, szczególnie w jasny, słoneczny dzień.