Teraz trochę Wam opowiem jak wyglądają Święta Wielkanocne we Francji, gdyż nieco różnią się od naszych. Przede wszystkim Francja jest krajem laickim, wiele osób jest ochrzczonych, ale na tym kończy się ich udział w życiu Kościoła, niewiele osób chodzi na niedzielne msze. Święta są traktowane bardziej jako tradycja rodzinna, a nie religijna, stanowią okazję do spotkania się w dużym rodzinnym gronie, ugotowania czegoś wykwintnego, spędzenia czasu na rozmowach, zabawach, wygłupach. Na Południu nie da się odczuć świątecznego klimatu, nie ma ozdób, kurczaczków, baranków, rzeżuchy. Oczywiście w supermarkecie kupimy czekoladowe jajka i zajączki, ale na tym w zasadzie się kończy. Nawet podczas obiadu rodzina TŻ zwróciła uwagę na serwetki z motywem kurczaczka, na co Veronique (żona taty TŻa) odparła z uśmiechem: "No co? W końcu jest Wielkanoc!" Myślę, że to zdanie najlepiej określa stosunek Francuzów do wielkanocnych ozdób ;)
W świąteczną niedzielę spotykaliśmy się na obiedzie u taty TŻa około 12.00. W sumie było 15 osób, co stanowi całkiem sporą grupkę przy stole. Początkowo wszyscy spotkali się w salonie na mały aperitif (zakąski). Wybór był spory i można było skubnąć według uznania: oliwki w każdej postaci, kiełbaski wędzone w różnych smakach, małe parówki na ciepło z sosami, krakersy, chipsy i chrupkie przegryzki. Do tego oczywiście spory wybór alkoholu, głównie win. Niestety nie mam zdjęcia całego stołu, zresztą ciężko było cokolwiek uchwycić, bo co chwilę Pani Domu donosiła coś do jedzenia, ale mam zdjęcie małego Enzo przy ławie ;)
A tu nasza gwiazda tańczy ;) Niestety nie uchwyciłam najlepszych momentów, ale widać te ruchy :p
Następnie zaproszono wszystkich do stołu w jadalni, gdzie jako starter podano tosty z musem maślano-czosnkowym oraz sałatkę z pieczonej papryki z serem feta. Wszystko było przepyszne. Danie główne nie do końca przypadło mi do gustu, ale ja po prostu nie przepadam za mięsem, a była to potrawka z ziemniaków i cielęciny. Trzeba jednak przyznać, że mięso było idealnie przyrządzone, bardzo miękkie i soczyste. Do wszystkich dań oczywiście podawano czerwone i białe wino, wedle uznania.
Po obiedzie na stół wkroczyły moje ulubione sery. Tutaj już sobie nie żałowałam i spróbowałam wszystkiego, od miękkich młodych do dojrzałych i twardych serów. TŻ mnie potem nie chciał całować ;) Po obiedzie część towarzystwa wyskoczyła na papierosa, a mniejsza część (w tym ja i TŻ) została w domu. Należymy do tych niepalących. W między czasie porozmawiałam trochę z moimi rodzicami przez telefon, bo były to moje pierwsze Święta Wielkanocne poza domem.
Towarzystwo wróciło, a na stale pojawiły się ciasta ;)
Czekoladowe
Pistacjowe
Co do tego drugiego, ciężko było zgadnąć, co to za zielona masa w środku, więc robiliśmy zakłady pomiędzy avocado a szpinakiem ;) Ciasto okazało się przepyszne, a krem pistacjowy był doskonały! Ozdobne makaroniki też ;)
Po deserze posiedzieliśmy jeszcze jakiś czas razem, rozmawiając i śmiejąc się. Sporo osób chwaliło mój francuski i nie przejmowało się czy rozumiem czy nie, po prostu zwracali się bezpośrednio do mnie. Chyba nieźle sobie radziłam, bo jednomyślnie stwierdzili, że fajnie mówię i mam piękny, seksowny akcent ;) Na koniec najmłodsi musieli znaleźć wszystkie ukryte w domu czekoladowe jajka. Starsi trochę im pomagali. Około 18.00 zebraliśmy się i wróciliśmy do siebie. Byłam tak najedzona, że zrezygnowałam z kolacji, natomiast TŻ i jego brat pojechali jeszcze do KFC po małe co nieco.
Generalnie przez cały swój pobyt zjadłam niebotyczne ilości słodyczy... normalnie sobie na tyle nie pozwalam, niestety we Francji śniadanie je się zwykle w formie słodkiego rogalika czy ciastka. Nie wiem jak to będzie, gdy się tam przeprowadzę, bo mi od słodkiego na pusty żołądek robi się niedobrze. Będę musiała znaleźć złoty środek ;)
Kilka moich ulubionych francuskich słodyczy:
Magdalenki i gofry z czekoladą ze sklepu Bio
Czekolada mleczna z ciasteczkami
Jogurt z tartą cytrynową
Dobrze, że tyle spacerowałam to przynajmniej nie poszło mi w 4 litery ;) Wyjazd upłynął też pod znakiem... pieczenia brioszki. TŻ ma w domu maszynę do pieczenia chleba, a do tego książkę z przepisami. Przeglądając ją znalazłam... makowca!
Chłopaki zrobili makowca od początku do końca sami, także masę makową z suchego maku, mleka, miodu, pudru migdałowego, z dodatkiem rodzynek. Mi bardzo smakował, ale wczoraj TŻ zdradził, że znów kupił mak, bo chce dojść do perfekcji w robieniu tego ciasta, specjalnie dla mnie. Kochany!
Kończę już tę przydługą notkę... pokażę Wam jeszcze, gdzie będę mieszkać:
Okolica - taki mam widok z tarasu w domu TŻa :)
Robi wrażenie, szczególnie w jasny, słoneczny dzień.










Chętnie spędziłabym Wielkanoc poza Polską :P
OdpowiedzUsuńPodoba mi sie twoj opis.
OdpowiedzUsuńNarobilas mi ochote na sery :) Uwielbiam, a im bardziej smierdzacy tym lepiej :D
OdpowiedzUsuń