Już dzień wcześniej, tzn w niedziele, meteo France zapowiadało pomarańczowy alarm dla całej Langwedocji, w związku z tym można było spodziewać się burz i deszczu. Jednak to, co się wydarzyło zaskoczyło wszystkich. I piszę to ja - rodowita Wrocławianka, która w swoim życiu przeżyła wiele powodzi.
Od początku nie był to mój najlepszy dzień....
Poniedziałek 29/09/2014
Godz. 9:00
Lekko kropi, wychodząc z domu biorę parasolkę i udaję się w stronę dworca, jak co dzień. Czuję, że jest dość ślisko, a może to wina moich butów? W połowie drogi wywalam się jak długa, rozwalając sobie łokieć i uderzając głową o metalowe drzwi do jakiegoś magazynu. Tak, jest ślisko. Jakoś docieram na dworzec, gdzie dowiaduję się, że pociąg jest opóźniony o 30 minut. Piszę wiadomość do TŻa o wypadku. Chce po mnie przyjechać i zawieść do domu, ale ja upieram się, żeby jechać do Montpellier. Pluję sobie w brodę, że go wtedy nie posłuchałam!
Godz. 10:30
Dojeżdżam do Montpellier. Pada. Tramwajem docieram do szkoły.
Godz. 11:30
Przerwa obiadowa. Zbieramy się do stołówki. Grzmi i leje. Na głowę zakładam kaptur - wspomniałam, że po drodze złamałam parasolkę? Mokniemy.
Godz. 14:00
Nauczycielka chwali moją pracę i proponuje zmienić poziom na C1 (jedyny pozytyw tego dnia). Leje jak z cebra.
Godz. 16:00
Grzmi jak jasny pierun. Do klasy wpada nieznana nam nauczycielka i oznajmia, że Prefektura ogłosiła czerwony alarm (wyjątkowo groźne zjawiska pogodowe) i wszyscy mamy pozostać w budynku szkoły. Przy okazji informuje nas, że tramwaje, busy oraz pociągi nie jeżdżą.
Godz. 16:05
Zaczynam się zastanawiać jak dotrę do domu.
Godz. 17:00
Dwoje znajomych, mieszkających blisko uniwersytetu proponuje mi udać się z nimi do ich domów i przeczekać najgorsze, ewentualnie w razie potrzeby zostać na noc.
Godz. 17:30
Decyduję się iść do koleżanki. Miało być blisko! Idziemy 20 minut. Mokniemy do suchej nitki, w butach czuję wodę.
Godz. 18:00
Docieramy do jej domu. Wylewam wodę z butów. Na balkonie wykręcam bluzę. W internecie szukamy informacji nt. pociągów i sytuacji w Montpellier. Natrafiamy na:
źródło: www.midilibre.fr
Godz. 18:15
Dzwonię do TŻa i mówię, że utknęłam w Montpellier. Proszę, żeby po mnie przyjechał. Początkowo zgadza się, ale potem widząc zdjęcia i sytuację na drogach boi się, że gdzieś utknie na dobre. Czekam na informację od niego czy da radę.
Godz. 18:30
Pijemy gorącą herbatę i oglądamy rosyjską telewizję.
Godz. 19:00
TŻ informuje mnie, że wychodzi z domu. Jedzie po mnie. Normalnie trasa autostradą do Montpellier nie zajmuje więcej niż 30 minut.
Godz. 20:00
Obgadujemy niektórych z naszej grupy i pokazujemy sobie na internecie fajnych facetów.
Godz. 20:30
Zaczynam się denerwować, że TŻa wciąż nie ma.
Godz. 20:45
Dzwonię. TŻ od 20 minut stoi pod blokiem i próbuje się do mnie dodzwonić.
Godz. 20:46
Schodzę na dół. Nadal leje. Z daleka widzę idącego TŻa z wielką parasolką. Biegnę do niego (gdyby nie fakt, że wyglądałam jak zmokła kura, byłoby to nawet całkiem filmowe).
Godz. 20:48
Siedzimy w aucie. Telepię się z zimna. Ściągam przemoczoną bluzę, TŻ nakrywa mnie swoim płaszczem i włącza ogrzewanie. Adekwatnie do sytuacji - w końcu uratował mi tyłek - nazywam go moim księciem na białym koniu ;) Przydomek pasuje do jego białego samochodu.
Godz. 21:20
Ciężka przeprawa przez autostradę - rzekę.
Godz. 21:45
Na bramkach piorun wali obok nas. Huk straszny.
Godz. 22:00
Nareszcie w domu.
Czerwony alarm trwał do godz. 10.00 następnego dnia. Wiele osób nie dojechało do szkół i miejsc pracy, w tym ja. Baliśmy się powtórki z rozrywki. Na dworcach zorganizowano posiłki oraz napoje i koce dla pasażerów. W pociągach TGV i TER stojących na stacji zorganizowano tymczasowe sypialnie. Niektórzy ludzie spędzili tak kilkanaście godzin.
W środę pociąg do Montpellier był opóźniony jedynie 50 minut. W czwartek z powodu "incydentu" w Sete - most stanął pionowo, wszystkie pociągi były odwołane.
Jak na złość już następnego dnia po powodzi wyszło słońce, a temperatura podskoczyła do góry. Październik generalnie przywitał nas piękną pogodą i upałami około 28-29 stopniowymi :) Gdzie ta jesień ja się pytam?




Oglądałam wiadomości na France2 i widziałam co się dzieje... Współczuję ludziom, którzy tam mieszkają i wiele stracili, a Tobie również nie zazdroszczę takiego dnia pełnego "przygód"... Mam nadzieję, że sytuacja się już jakoś w miarę ustabilizowała. Pozdrawiam ze słonecznego Pontarlier!
OdpowiedzUsuńUstabilizowala sie na dosc dlugo, od poniedzialku znow pada, ale juz nie tak intensywnie :) Pomaranczowy alarm dla wielu departamentow.
UsuńOjej nic nie było w tv ani na internecie o tym. Pogoda widzę lubi zaskakiwać :)
OdpowiedzUsuńOj lubi, ale sami Francuzi twierdza, ze w tym roku jakos sie te sezony poprzestawialy! Jeszcze tydzien temu moj TZ chodzil w krotkim rekawku, a to juz przegiecie, nawet tutaj ;)
UsuńWydaje mi się, że w polskich wiadomościach nie było o tym wspomniane. Bardzo współczuję Ci całej sytuacji, okropne są te zdjęcia! Dobrze, że pogoda szybko się poprawiła :) A TŻ spisał się na medal, prawdziwy rycerz na białym koniu, co z tego, że trochę mechanicznym ;) Pozdrawiam!
OdpowiedzUsuńPolska telewizja skupia cala uwage na wschodzie z tego co widze na stronach internetowych...
UsuńO matko ładnie was zalało...
OdpowiedzUsuńw takich sytuacjach ciesze sie, ze umiem plywac :D
Usuń